D Project

Zabbini, Luca - One

Artur Chachlowski, Zabbini, Luca - One

„Gdybym był aktorem i musiałbym w kółko grać te same role, szybko bym się zmęczył i przestał się rozwijać. Dokładnie to samo dotyczy muzyki” – mówi Luca Zabbini, pianista, klawiszowiec i kompozytor, który w 2003 roku założył grupę Barock Project. Głównym celem, który wtedy mu przyświecał było stworzenie pomostu między muzyką klasyczną, w szczególności muzyką barokową, a muzyką rockową z domieszką jazzowych harmonizacji i wspartej poprockowymi strukturami.

Z grupą Barock Project wydał albumy „Misteriose Voci” (2007), „Rebus” (2009), „Coffee in Neukölln” (2012), „Skyline” (2015), koncertowy „Vivo” (2016), „Detachment” (2017) oraz „Seven Seas” (2019). W lutym 2021 roku ukazał się box, który zawiera wszystkie studyjne zremasterowane albumy tego zespołu.

Jako że Luca Zabbini to niespokojny duch i muzyk z głową pełną pomysłów, kwestią czasu było kiedy objawi się on jako artysta solowy. I oto jest – jego album zatytułowany jakże adekwatnie: „One”. A na nim jedenaście utworów z powodzeniem łączących różnorodną muzykę, piękne melodie, cały przekrój rockowej stylistyki, w całości koncentrujący się wokół śpiewu Luki. Nie dość że śpiewa, to gra on na wszystkich instrumentach (a są na tej płycie przepiękne partie fortepianu i gitar), a także zajął się on aranżacją (liczne orkiestrowe wstawki robią ogromne wrażenie) oraz obsługą miksu i masteringiem.

Album „One” wyrósł z pragnienia artysty, by pokazać swoją nową muzyczną tożsamość i zaprezentować nieco inne podejście muzyczne, zupełnie wyjęte z tropów rocka progresywnego i stylistyki Barock Project. Czy mu się udało? I tak, i nie. Zaraz postaram się to wyjaśnić.

O tym, że pomysł Zabbiniego na swoją solową płytę wypalił świadczy fakt, że „One” to wydawnictwo faktycznie inne niż każdy kolejny album jego macierzystego zespołu. Luca prezentuje swoje kompozycje w pełnej stylistycznej gamie, od folku („Taking Time”, „Constantine Cry”) po brit rock („Everything Changes”), od swingu („Hello”, „The Mood of The Day”) po w pełni orkiestrowe utwory („Portrait”), od delikatnego popu („I Don’t Know”, „Karlsruhe Rain”) po epicko-symfoniczne aranżacje („What’s Left Of Me”), od bluesa (świetny „No One There”) po beatlesowskie klimaty („Help Me To Sleep” brzmi tak jakby wyszedł spod pióra Paula McCartneya)…

Jest na tej płycie coś z Eltona Johna, Billy Joela, Joe Bonamassy, Grzegorza Turnaua i starych, dobrych Skaldów. Jest mnóstwo aranżacyjnych rozwiązań przypominających pomysły sir George’a Martina z późnych płyt The Beatles. To niezwykle melodyjny album. W pewnym sensie bardzo akustyczny. A zarazem bardzo orkiestrowo-symfoniczny. Trudno uwierzyć? Przekonajcie się sami i posłuchajcie tej niezwykłej płyty. Jestem pewien, że przynamniej część zawartych na niej piosenek po prostu Was urzeknie. Płyta zawiera on tak różnorodne elementy stylistyczne - folkowe, popowe i symfoniczne - że nie sposób nie nazwać jej po prostu prawdziwym progresywnym dziełem. A przecież termin „progresywny” zarezerwowany jest dla grupy Barock Project i w tym sensie Luce Zabbiniemu nie udało się uciec od określonej gatunkowej ścieżki. Ale wszystko co zrobił na tym albumie posiada taki wdzięk, czar i zaklęte w tej muzyce piękno, że osobiście nie stawiałbym Luce z tego powodu żadnego zarzutu. Bo „One” to po prostu rewelacyjna, bardzo świeżo brzmiąca płyta, na której od pierwszej do ostatniej minuty słyszymy, że mamy do czynienia z nietuzinkowym artystą.

Cóż robić? Chwalić czy ganić? Powiem tak: bardzo podoba mi się ta płyta. I przy tym zdaniu pozostanę.

MLWZ album na 15-lecie