Fröberg, Hasse & Musical Companion - We Are The Truth

Olga Walkiewicz, Fröberg, Hasse & Musical Companion - We Are The Truth

Hasse Fröberg to artysta niesamowicie wszechstronny, który lubi eksplorować różne muzyczne kontynenty nie tracąc przy tym swojej tożsamości. To co powoli dojrzewa wewnątrz jego umysłu, potrafi obrodzić owocem o konkretnym smaku i barwie. Jest to twórca skrupulatny i z wielkim pietyzmem podchodzi do najdrobniejszych szczegółów. Każdy jego pomysł przynosi muzyczne delicje.

HFMC, czyli Hasse Fröberg & Musical Companion – to przygoda, która rozpoczęła się wiele lat temu – w 2008 roku. Hasse zgromadził wokół siebie znakomitych artystów, z których każdy wniósł do muzyki niepowtarzalną iskierkę swojej osobowości. Albumy „Future Past” (2010), „Powerplay” (2012), „HFMC” (2015) czy „Parallel Life” (2019) zostały naznaczone przez każdego z nich kroplą swojej magicznej obecności. Tacy byli i tacy są do dziś: Anton Lindsjo i jego perfekcyjna gitara, Kjell Haraldsson – mistrz czarno-białych klawiszy, Ola Strandberg z zaczarowaną perkusją i znakomity Thomas Thomsson. Na najnowszej płycie nastąpiła zmiana na stanowisku basisty, które teraz należy do równie świetnego Sampo Axelssona. Pieczę nad wszystkim trzyma oczywiście Maestro Hasse Fröberg.

Najnowszy, piąty album w dorobku HFMC, ukazał się 26 listopada 2021r.. Muszę przyznać, że porwał mnie w swoje objęcia już od pierwszego utworu - „To Those Who Rule The World”. Ta kompozycja ma w sobie subtelne szaleństwo. Początkowo nieśmiałe akordy przechodzą w obwieszczony z cyrkową manierą tytuł płyty: „We Are The Truth”. Od tej chwili rozpoczyna się znakomity muzyczny „przekładaniec”: jazzrockowe zwrotki z patetycznym, ślicznym refrenem…   „In the eye of storm – we no way out”... Lubię sposób prowadzenia linii wokalnych u Hasse. Potrafi przechodzić z miękkiej, szyfonowej łagodności w zadziorność i śpiewać z „diabelskim pazurem”. Fantastyczne orkiestracje, zmiany tempa, środków wyrazu i wszystko jak w szwajcarskim zegarku. Jest tu misterna żonglerka tematem, gitarowa solówka obudowana przez klawiszowe ornamenty wypływające spod palców Kjella Haraldssona. Drugi utwór, „Other Eyes”, to najdłuższa kompozycja na płycie. Dużo tu pozytywnej energii, jak i w pozostałych utworach, ale to co mnie szczególnie ujęło, to dźwięk gitary Antona Lindsjo: brzmienie strun zaczarowanych wiatrem i kroplami deszczu. Bardzo ciekawa jest obrazowość tej kompozycji, jej plastyczność i subtelne pociągnięcia pędzlem zmysłowości. Dużo wątków przechodzi w siebie lekko, bez wysiłku, z finezją godną mistrzów. „Rise Up” wyzwala pozytywne emocje. To świetnie skonstruowana piosenka o bardzo chwytliwym refrenie, lecz jak trafnym. Dziewięciominutowy „The Constant Search For Bravery” to znów muzyczna bajka, kojarząca się w drugiej części z aurą kompozycji Yes. Pełna paleta pomysłów, z których jeden przekształca się w drugi, scalają się, ewoluują, splatają, unoszą na skrzydłach. Nie znajdziemy tu niepotrzebnego riffu czy akordu. Wszystko jest wymuskane i doprawione szczyptą elegancji i czaru. „Yoko” to niepokorne „dziecko” Sampo Axelssona. Czuje się wyraźnie odmienność tej kompozycji – wielowarstwowej w sferze dźwięku, z doskonałą melodią przenikającą lekko pokład zbudowany przez instrumenty. Teraz nadchodzi czas na mój ukochany utwór tytułowy, który karmi słuchacza blaskiem fortepianu. Ach, ten Kjell… Jest fantastycznym pianistą. W takich chwilach uświadamiam sobie jak bardzo kocham te diabelne klawisze, jak są mi drogie. Hasse jest niedościgniony, umie swoim głosem poruszać gwiazdy. Sampo i Anton – sekcja rytmiczna – bajka. Ta kompozycja to taka szalona miłość od pierwszego wejrzenia lub raczej odsłuchu. I chyba tak zostanie. „Shaken And Stirred” jest jednym z najbardziej żywiołowych kawałków na płycie. Kontrastuje z nim balladowy ”Every Second Counts”. Emanuje z niego spokój i perfekcja. Cudny. Pochłonął moje serce bez reszty. Na zakończenie wisienka na progresywnym torcie, czyli epicka kompozycja „A Spiritual Change” tworząca doskonałą całość, katedrę pełną echa odbijającego się od strun, membran i pudeł rezonansowych. I to z pewnością byłby już koniec, gdyby nie przemożna chęć włączenia tej płyty od początku...

To najbardziej ciepły i pełen optymizmu album HFMC. Żyjemy w bardzo trudnych czasach i nie jest łatwo stworzyć dzieło wolne od smaku goryczy i smutku. Hasse potrafi w innych ramach postrzegać rzeczywistość. Wywołać uśmiech na twarzy. Rozgonić nim chmury i rozpalić słońce. Bo jego muzyka ma nieograniczoną siłę.

MLWZ album na 15-lecie