Gathering, The - Beautiful Distortion

Artur Chachlowski, Gathering, The - Beautiful Distortion

Może będzie to dość sztampowy początek, ale wydaje mi się, że od tego trzeba zacząć. Napiszę więc tak: holenderski zespół The Gathering w swojej liczącej już ponad 30 lat historii przeszedł długą i krętą drogę. Zaczynał od doom metalu, w 1998 roku zaskoczył wszystkich wydaniem zahaczającego o progresywne terytoria albumu „How To Measure A Planet?”, by z każdym kolejnym wydawnictwem zagłębiać się w bogaty gobelin atmosferycznego rocka i elektronicznych pejzaży dźwiękowych. Dodatkowym smaczkiem było odłączenie się od zespołu Anneke van Giersbergen, która w 2007 roku zdecydowała się poświęcić karierze solowej. The Gathering zrekrutował na jej miejsce norweską wokalistkę Silje Wergeland, z którą pokazał się światu – całkiem niezłym moim zdaniem (dałem temu wyraz w swojej recenzji – znajdziecie ją tutaj) albumem pt. „The West Pole” (2007). Potem było już różnie. Dość powiedzieć, że od ostatniej aktywności zespołu minęło blisko 10 lat i gdy niektórym wydawało się, że The Gathering to już zamknięta karta historii holenderskiego rocka zespół uraczył nas kilka dni temu jedenastym w swoim dorobku krążkiem zatytułowanym „Beautiful Distortion”.

I co? Powiem tak: bez rewelacji. Nowy album jest bardzo zachowawczy. Jakby odcinający kupony od przeszłości. Ciekawostką jest fakt, że do grupy powrócił basista i współzałożyciel zespołu, Hugo Prinsen Geerings, który opuścił The Gathering po nagraniu płyty „Souvenirs” w 2003 roku. Na zasadzie roszady dołączył teraz do zespołu zajmując miejsce Marjolein Kooijman, która zastąpiła go na basie, gdy przed laty postanowił opuścić swój zespół. Jest jeszcze jeden ‘powrót do przeszłości’: płytę wyprodukował Attie Bauw – człowiek współodpowiedzialny za sukces albumu „How To Measure A Planet?”.

W porównaniu do „Disclosure” (2012), którą to płytę należy traktować jako ostatni pełnowartościowy krążek zespołu (wydany rok później „Afterwords był w pewnym sensie tylko jego mało udanym uzupełnieniem) nowy album jest bardziej zwarty. Zespół nie eksperymentuje, tylko koncentruje się na wykonywaniu zapadających w pamięć piosenek. Taki przynajmniej był zamysł. Bo po kilkukrotnym ‘siłowaniu się’ z tym materiałem, z przykrością muszę przyznać, że w mojej pamięci niewiele po nim pozostało. Choć odnoszę wrażenie, że dałem tej płycie wystarczająco dużo szans.

Wydaje mi się, że w tym przypadku zadziałała magia nazwy. Podejrzewam, że gdyby był to inny zespół niż The Gathering, to z albumem tym nie spędziłbym tak dużo czasu. Niemniej jednak daleki jestem od stwierdzenia, że „Beautiful Distortion” to rzecz kompletnie nieudana. Nie. Ale szczerze mówiąc, nastawiałem się na więcej…

Album rozpoczyna się od „In Colour” – elektryzującego utworu, który zawiera wszystkie najlepsze cechy „Beautiful Distortion”. To mój ulubiony fragment płyty i żaden z kolejnych utworów nie zbliża się do jego poziomu. Ma w sobie dużo przestrzeni, zawiera elektroniczne bity znane chociażby z płyt Massive Attack, ciężkie gitarowe crescendo i ładny, zwiewny śpiew Silje Wergeland. Potem na płycie zaczyna dominować elektronika, która – jak w „When We Fall” – działa na mnie zniechęcająco. Gdy słucham utworów „Grounded” i „Pulse Of Life” to wydaje mi się, że takie granie już gdzieś słyszałem. I to nie na płytach The Gathering, tylko u Radiohead, Tides Of Nebula czy u wspomnianego już Massive Attack. Keyboardzista Frank Boeijen przez ostatnie lata najwyraźniej nasłuchał się trip hopu.

Jest kilka momentów na płycie, przy których serce bije mocniej. „We Rise” jest tego najlepszym przykładem. To wyraziste rockowe granie, ze sporym pierwiastkiem symfonicznej epickości i klimatem będącym wypadkową anielskiego głosu Silje i mocarnych gitarowych riffów podbitych ciężkimi pociągnięciami perkusji, w dodatku okraszonym całkiem zgrabnym gitarowym solo. Duże brawa dla panów Rene (gitara) i Hansa (perkusja) Ruttenów!

Albo weźmy też „Black Is Magnified”, który sprawia, głównie dzięki swojemu refrenowi, że mamy do czynienia z naprawdę melodyjną piosenką. Klimatyczny „Weightless” też ma swoje momenty, ale gdy już wydaje się, że coś z niego wyniknie, niepostrzeżenie kończy się i wycisza… Całość domyka się utworem „On Delay” wykonanym na melancholijną nutę, choć podszyty jest on zgrabnym bitem. Znowu zastanawiałem się, że gdzieś, ktoś już kiedyś tak grał… Sigur Ros? Tak! Ale robił to z o wiele większym wdziękiem.

„Beautiful Distortion” nie jest na pewno najbardziej przełomowym, innowacyjnym ani też najodważniejszym dziełem The Gathering. To raczej zachowawcza i odtwórcza płyta, na której holenderski zespół zatraca sporo ze swojej tożsamości. Niepotrzebnie wkracza na terytoria już dawno zagospodarowane przez innych wykonawców. Dlatego też wysokiej noty nie będzie. Cieszyć się z czego też za bardzo nie ma. Dwa lub trzy wyróżniające się fragmenty nie ratują całości. A radować się tylko z faktu że The Gathering powrócił?... Mhmmm. Jakoś u mnie mało tej radości.

PS. Równolegle z płytą „Beautiful Distortion” ukazała się EP-ka zatytułowana „Interference”. Można ja kupić jako niezależne wydawnictwo lub jako CD nr 2 dwupłytowego wydania nowego albumu. Na jej program składają się trzy utwory: dwa studyjne – „Stronger” (wydany także na cyfrowym singlu) i „ Disconnect” – oraz koncertowa wersja ambientowego klasyka zespołu „How To Measure A Planet?” nagrana w 2019 roku na żywo w Paryżu. To dwa dynamiczne, ale nudne nagrania, a koncertówka robi szczególnie złe wrażenie, zwłaszcza w kontekście słyszanych na początku głosów wypowiadających rosyjskie słowa. W obecnej sytuacji wypada to słabo i źle się kojarzy…

MLWZ album na 15-lecie