Galahad – The Last Great Adventurer

Tomasz Dudkowski, Galahad – The Last Great Adventurer

Nowa płyta kwintetu z Dorset była zapowiadana już od dłuższego czasu. Oczekiwanie fanów na to wydawnictwo dobiegnie końca 24 października. Wtedy bowiem swoją premierę będzie miał krążek „The Last Great Adventurer”. Ukazuje się on niespełna 5 lat po ostatnim dziele zespołu, czyli albumie „Seas Of Change” (wydanym w styczniu 2018 roku). Nie oznacza to, że ten czas był okresem stagnacji dla fanów. W międzyczasie ukazała się bowiem winylowa edycja klasyka grupy z 1995 roku, czyli „Sleepers” oraz rozbudowana wersja innego kamienia milowego w twórczości formacji, jakim był album „Following Ghosts” (1998), który także nieco później doczekał się wydania winylowego. Wreszcie do naszych rąk trafiły dwie pozycje firmowane przez „odchudzony” skład zespołu, czyli duet Stuart Nicholson – Dean Baker, które ukazały się pod szyldem Galahad Electric Company („When The Battle Is Over” (2020) i „Soul Therapy” (2021)).

„The Last Great Adventuer” to już 11. album studyjny w dyskografii zespołu. Został nagrany w niemal tym samym składzie co „Seas Of Change”, czyli: Stuart Nicholson – śpiew; Dean Baker – instrumenty klawiszowe, chórki; Spencer Luckman – perkusja; Lee Abraham – gitary, chórki oraz Mark Spencer (Twelfth Night, Koburg, Alan Reed Band) – bas, chórki. Ten ostatni zastąpił Tima Ashtona tuż po wydaniu poprzedniego krążka i z nim w składzie był on promowany. Jest to debiut Marka na studyjnym premierowym wydawnictwie grupy Galahad, ale należy przypomnieć, że występował on już w niej wcześniej, jako gość na trasie promującej płyty „Battle Scars” (2012) i „Beyond The Realms Of Euphoria” (2012), co zostało udokumentowane zestawem „Solidarity (Live In Konin)” (2015). Jego grę możemy także usłyszeć w większości nagrań z rozbudowanej edycji „Following Ghosts” (dysk „Alternative Ghosts”) z 2020 roku.

A jak brzmi Galahad AD 2022? Cóż, rewolucji stylistycznej na nowym albumie nie słychać. Tylko czy można traktować to jako zarzut? Niekoniecznie. Grupa wypracowała swój własny styl, który został zdefiniowany po dołączeniu do składu Deana Bakera, czyli… prawie 25 lat temu. Tym razem, co prawda, klawiszowiec nie jest jedynym kompozytorem materiału (jak miało to miejsce na „Seas Of Change”), ale jest wymieniony jako autor muzyki do niemal wszystkich utworów.

Przez pierwsze 40 sekund utworu otwierającego płytę, zatytułowanego „Alive”, mamy do czynienia z dźwiękami zahaczającymi o… techno. To zasadniczo nic nowego jeśli chodzi o brzmienie grupy, bo już w przeszłości wplatała do swoich nagrań tego typu elementy. Dodam, że robi to z wielkim wyczuciem starając się, by jednak trzon kompozycji był rockowy. Podobnie jest i tu. To, co prawda podkreślona elektroniką, ale jednak zdecydowanie rockowa, na dodatek dość dynamiczna propozycja, z żywiołową sekcją rytmiczną (Luckman znów częściej gra na 2 stopy), z interesującymi riffami, ciekawym wolniejszym fragmentem i solowymi popisami Bakera (Derek Sherinian się kłania) i Abrahama (fajnie powtórzony motyw z refrenu). Dynamiczny podkład łagodzi charakterystyczny, wysoki śpiew Nicholsona, który w tekście kieruje się do fanów grupy:

„The lights go down

As we hear no sound

Open the doors

Feel that rush…

 

You make us feel so alive

You make us feel so alive

You make us feel so alive

You make us feel like we could fly

You make us feel so alive

You are the sun in our sky”.

Po tak żywiołowym początku przychodzi wyciszenie w postaci pierwszej części kompozycji „Omega Lights”, zatytułowanej „Alpha”. To instrumentalny fragment wypełniony odgłosami morza, łagodną elektroniką oraz subtelnymi orkiestracjami, które tworzą tło dla partii fortepianu. Pod jego koniec klawiszowy podkład staje się mocniejszy, by wraz z pojawieniem się partii basu i motywu gitarowego (tu nasuwają mi się skojarzenia z ostatnim dziełem Ali Fergusona) przejść płynnie do drugiej odsłony, nazwanej „Omega”. Tu już mamy do czynienia z tradycyjnym brzmieniem Galahad, w spokojniejszej, piosenkowej odsłonie, choć i tu nie zabrakło delikatnej zmiany klimatu z mocniejszym basem oraz organami i gitarą grającymi unisono, po którym następuje wyciszenie (tylko wokal i klawiszowe plamy). I jeszcze jeden z piękniejszych solowych popisów Abrahama i ponad 10 minutowy utwór dobiega końca.

Pod pierwszymi dwoma nagraniami podpisany jest duet Baker – Nicholson. W trzecim dołącza do nich Koburg, czyli Anastasia Coburg – brytyjska multiinstrumentalistka, wokalistka oraz modelka. To trio firmuje nagranie „Blood, Skin and Bone”, które rozpoczyna się znów mocno elektronicznie z wykorzystaniem wokalizy (nie jest to wyszczególnione w opisie, ale przypuszczam, że jest ona dziełem Koburg). Tu ponownie jest bardziej energicznie – z solidną pracą sekcji (z taka partią perkusji Luckmana jaką najbardziej lubię, z częstym wykorzystaniem podwójnej stopy), mocnym riffem, a wszystko wzbogacone solidną dawką różnego rodzaju instrumentów klawiszowych i sampli. Zdecydowanie zwraca na siebie uwagę solo Lee Abrahama, którego nie powstydziłby się John Petrucci, po którym klimat zmienia się radykalnie. Wraz ze słowami „Ladies and Gentlemen, it’s showtime” otrzymujemy bowiem wyciszenie z melodią rodem z upiornego lunaparku wraz z biciem dzwonów, po których do głosu dochodzi akustyczna gitara. Po tym fragmencie powracamy do wcześniejszego nastroju wraz z kolejnym refrenem. Tekst jest rozważaniem na temat kondycji ludzkości, a całość jest podsumowana zdaniem „Ludzkość bez pokory jest czymś smutnym i niebezpiecznym”:

“Roll up! Roll Up! The human freak show is here once again in all its perverted glory

You can vent all your prejudice, and you can manifest all your fear

By showing a complete lack of understanding for your fellow homo sapiens

And contempt for all your worldly surroundings

Alas, it seems so little has changed over thousands of years of so-called evolution

 

It’s a sobering thought when we think of what it is that make us

It doesn’t matter where you’re from or the size or the colour of your skin

We must be so careful not to judge each other so quickly and so harshly

 

Blood, skin and bone is all that lies underneath

Blood, skin and bone is at the heart of what we are

Blood, skin and bone is all that lies beneath our flesh

Blood, skin and bone is at the heart of what we are”.

Na czwartej ścieżce umieszczono najkrótszy i zarazem najbardziej wyciszony fragment wydawnictwa jakim jest song „Enclosure 1764”. Początkowo podkład opiera się na klawiszowych orkiestracjach z dodatkiem marszowego werbla oraz przewijającej się w tle wokalizy. Wraz z upływem czasu nastrój robi się bardziej dostojny, w podkładzie słychać bas i mocniejszą perkusję, a w końcówce Abraham raczy nas kolejnym pierwszorzędnym solem. Tym razem tekst nie jest dziełem wokalisty, a zaczerpnięty został z XVIII-wiecznej anty-kołysanki „The Goose And The Common” mówiącej o niesprawiedliwościach społecznych:

“They hang the man and flog the woman

Who steals the goose from off the common

Yet they let the greater villain loose

The steals the common from the goose

 

The law demands that we atone

When we take things we do not own

But leaves the lords and ladies fine

Who take things that are yours and mine”.

I tak dochodzimy do finału w postaci prawie 11-minutowego utworu tytułowego. To kwintesencja stylu Galahad, przy okazji będąca jedyną wspólną kompozycją całego zespołu na tym albumie. Jest tu solidna dawka, zaprezentowanej z wyczuciem, elektroniki oraz orkiestracje i solowe partie na różnego rodzaju syntezatorach Deana Bakera, świetna praca duetu Mark Spencer – Spencer Luckman, solidne riffy i solówki Lee Abrahama. Szczególną uwagę radzę zwrócić na fragment pojawiający się w okolicach 8 minuty - to wręcz wirtuozerski popis gitarzysty podparty dynamiczną pracą sekcji. W końcówce mamy wyciszenie, a klimat przenosi nas do knajpy (słychać brzdęk szklanek) z pianinem i bluesową gitarą, którym wtóruje saksofon. Całość spaja śpiew Stuarta Nicholsona, który w tekście oddaje hołd swojemu ojcu. Robert ‘Bob’ Nicholson był podróżnikiem. Jak śpiewa Stuart – „ostatnim z Wielkich”:

„Driven isn’t a word that even begins to describe you

Focused is getting closer but it doesn’t quite the job

Once you’ve got the bit between your teeth there’s no going back, no there’s no going back

You never let up, you never stop, you keep on going until it’s wrapped up

 

In my mind you will always be the last great explorer

Nobody else comes close to you, because you’re the best there ever was

In my mind you will always be the last great adventurer

Nobody else comes close to you, because you’re the best there ever was

And nobody knows…”.

Tak kończy się, trwający w podstawowej wersji 41 minut, najnowszy album Brytyjczyków. Tak właściwie, to tak będzie wyglądała jego analogowa wersja, która ukaże się w przyszłym roku za sprawą polskiej oficyny wydawniczej Oskar, na czarnym oraz czerwono-czarnym winylu (ten drugi będzie różnił się okładką). Edycja na srebrnym krążku wzbogacona została o dwa utwory bonusowe. Pierwszym z nich jest typowa dla grupy piosenka „Normality of Distance” z melodyjnym refrenem i ze zwrotkami opartymi na brzmieniu gitary akustycznej. I tu nie brak ciekawych partii gitary i instrumentów klawiszowych, a całości słucha się niezwykle przyjemnie. Jednak największą wartość dodaną edycji kompaktowej stanowi utwór, który przez 10 lat funkcjonował w wirtualnej przestrzeni jako nagranie demo. Mowa o „Another Life Not Lived”. To wspólne dzieło Nicholsona oraz zmarłego 11 lat temu basisty grupy, Neila Peppera. Początkowo było ono dodane jako bonus do cyfrowej wersji płyty „Battle Scars” oraz dostępne jako samodzielny utwór do pobrania za darmo ze strony internetowej grupy. Tu wreszcie możemy podziwiać go w pełnej krasie, z dopracowanymi partiami wszystkich instrumentów, z subtelnie zmienionym tekstem i ze wspaniałym brzmieniem wykreowanym (podobnie jak na całym albumie) przez grupę wraz z nadwornym producentem Karlem Groomem. Nie brak tu solowego popisu Abrahama i budowania nastroju za pomocą mocniejszych i bardziej wyciszonych fragmentów, a w refrenie możemy usłyszeć niemal wszystkich członków grupy udzielających się wokalnie, podkreślających wagę śpiewanych słów kierowanych do dawnego kompana:

“Another life not lived, a young life unfulfilled

A life full of promise and hope, on the cusp of living

Another life not lived, a young life unfulfilled

A life full of promise and hope, cut short by a cruel destiny”.

Na finał, tuż po wspomnianej solówce Abrahama i najmocniejszym, ostatnim refrenie, pozostaje tylko fortepian i głos Nicholsona:

“But deep in our hearts you will forever be

You forever remain, never fade away

You will always be a part of us

You will never fade away”.

Ostatnie dwa wersy są zaśpiewane przez wokalistę a’ cappella i stanowią nie tylko wzruszające pożegnanie zmarłego przyjaciela, ale także wyśmienity finał albumu. Szkoda tylko, że w winylowej odsłonie utwór ten zostanie prawdopodobnie pominięty (planowana jest jednopłytowa edycja). Dodam, że cyfrowa wersja albumu (dostępna na stronie https://galahad1.bandcamp.com) będzie zawierała także radykalnie skrócone (do nieco ponad 4 minut) „radiowe wersje” utworów „Alive” i „Omega Lights”. Fizyczna edycja na płycie kompaktowej wydana została w formie digipacka z 20-stronicową książeczką i ze zdjęciem wspinającego się na lodowiec mężczyzny (z opisu wiadomo, że jest nim Bob Nicholson) na okładce. Całość oprawy graficznej to po raz kolejny dzieło Paula Tippeta, który podobnie jak Groom, od dłuższego czasu jest stałym współpracownikiem zespołu.

„The Last Great Adventurer” to kolejne dzieło zespołu Galahad, które sprawi jego miłośnikom mnóstwo radości. Oczywiście zapewne znajdą się tacy, którzy tęsknią za klimatami znanymi ze „Sleepers” czy z wcześniejszych dokonań grupy. Niektórym może nie podobać się taka ilość elektronicznych brzmień w nagraniach, ale mi to połączenie jak najbardziej pasuje. Ba! Śmiem twierdzić, że Galahad może służyć za wzór tego, jak połączyć nowoczesność z klasyką. Dodając do powyższego niezmienny głos Nicholsona, który mimo upływu lat, nic nie traci ze swej świeżości, otrzymujemy płytę, która nie jest może czymś odkrywczym, ale trzyma niezwykle wysoki poziom. Obcowanie z nią niezwykle wciąga!

Pozostaje mieć nadzieję, że niebawem zespół zacznie promować krążek koncertami, choć póki co jest to niemożliwe ze względu na problemy zdrowotne niektórych jego członków. Na pocieszenie pozostaje fakt, że na kolejne dzieło kwintetu nie będziemy musieli długo czekać, gdyż… jest już nagrane i gotowe do wydania w przyszłym roku. A na razie zagłębiam się w dźwięki płynące z głośników słuchając „The Last Great Adventurer”, bo to niesamowicie udany album.

MLWZ album na 15-lecie